Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bezbożnica. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bezbożnica. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 16 lutego 2014

Uganianie się za siecią





Durska pojechała do głuszy i od dwóch dni ugania się po lesie za Internetem. To wchodzi na wzniesienia, to łapie nad jeziorem, choć trochę, tak po dwie kreski, tyle co z telefonu.
Spokoju zaznać nie może, bo żadne miejsce nie daje gwarancji pełnego transferu w tempie, do którego się dziewczyna przyzwyczaiła. Pierwsze oznaki odstawienia od sieci już są widoczne, dziewczyna, mimo kilku kaw, odczuwa drgawki. Wydzwania do koleżanek, żeby jej choć ustnie referowały, co w sieci słychać.
Żeby zadzwonić, też się Durska po wzniesieniach musi się włóczyć, bo tak z dołka, to ni chuchu.
Odcięta od świata, na mazurskiej wsi, w domku z Godzillami.

A cisza tu taka, że aż huczy.
I błoto po kolana.
Doceniam okoliczności przyrody. 
W zasadzie, gdyby nie ten Internet....

niedziela, 9 lutego 2014

Świątobliwe skarpetki



Budynki w stylu mauretańskim choć w zaskakujących barwach okalały rynek. Promieniście odchodzące od niego ulice prowadziły do kolejnych placów: romańskiego, gotyckiego, renesansowego, barokowego. Wszędzie królował kolor, nie było bieli, a w oślepiającym słońcu barwy zyskiwały dodatkowy blask. Było gorąco, ale wietrznie, więc wędrówka po tym dziwnym mieście nie męczyła. Szłam sama rozkoszując się kolorami…
- Mamoooo! Chcę do ciebie! Źle się czuję!
Czyli to był sen. Budząc się pomyślałam tylko, że straszna ze mnie prostaczka, że się budzę, że to naprawdę wstyd rezygnować z tego spaceru. W imię czego? Macierzyństwa? No dobrze 39 to nie żarty, może jeszcze zasnę.

Galeria. Jakieś ogólne podniecenie, wszyscy się nerwowo kręcili. Wiadomość, że tu właśnie będzie, u nas, była zaskoczeniem, ale jeszcze większym zaskoczeniem było to, że zdecydowano się go w ogóle pokazać. Wszyscy się pogodzili, że na wieki spoczywać będzie pod kluczem, a teraz światowy objazd, wizyty w stolicach państw, tylko na jeden dzień, tylko dla wybranych. Obraz wart miliardy, najcenniejsze dzieło sztuki na świecie o niewyobrażalnym pięknie. Do tej pory skrzętnie chowane przed oczami zwykłych ludzi, znane wyłącznie z reprodukcji, z tysięcy zdjęć publikowanych każdego dnia w sieci. Ja byłam w gronie tych szczęśliwców wylosowanych z całej rzeszy ludzi, którzy od miesięcy aplikowali na to wydarzenie w ministerstwie. Ja wśród tych, którzy za chwilę będą mogli zobaczyć go na żywo…
- Mamo! Mogę z wami spać?
Nie. Cholera nie teraz! A jednak, gorączkowe próby powrotu do tego snu na nic się zdały. O 6 rano szara rzeczywistość zadzwoniła brutalnie, poszłam robić kanapki.

Przynajmniej kulturalne sny mam, pocieszałam się krojąc pajdy dla Godzilli. Za jakiś czas z tej realnej kultury nie będzie co zbierać. Będzie tylko Kult…Ura szlag trafi, z głodu padnie.
Będziemy podziwiać świątobliwe skarpetki dotowane sześcioma milionami złotych, bo przecież buty stoją już w jakiś muzealnych gablotach, zostały skarpety do pokazania.

Wobec tego sny Durskiej nie były wcale bezsensowne. Zbiegły się w czasie z szeroko komentowanym i bulwersującym wydarzeniem. To nie wyraz prywatnej spragnionej podświadomości czy osobistej tęsknoty za nieskrępowanym w rozwoju pięknem, to tęsknota uspołeczniona, jakby pół społeczeństwa śniło ten sam sen. Cóż, nic innego nie pozostanie niedługo. Sen więc jest też wyrazem zbiorowego strachu, że zostaniemy tylko z wyciskarką do cytrusów.
A na cytrusy klimatu nie mamy, sorry.

Za to mamy fantastyczne inne muzea i galerie i oby ich szefostwo nie ustawało w wysiłkach przyciągania do siebie tłumów. Odwiedzajcie muzea i galerie, to jedyna metoda, by nie padły, bo na wsparcie państwa nie do końca mogą liczyć.
Dobrze, że chociaż skoczek nam skacze jak trzeba.

Tak sobie dywaguję. Jung nie miał z tym nic wspólnego.

czwartek, 30 maja 2013

Czai się coś. Antyklerykał we mnie siedzi.





Wisi w powietrzu. Nadchodzi, najpierw powoli, potem coraz śmielej. Najpierw delikatnie i nieśmiało, drobne sygnały, których niewprawne oko nie dostrzega, a potem wręcz bezczelnie. Dynamicznie, odważnie. Nie, nie burza! Cholerny bałagan!

Dam sobie głowę uciąć, że jeszcze w niedzielę go nie było. A dziś co? Czwartek i on od rana tak się rozlazł, że nie było już innej możliwości – Matka Durska mimo święta sprzątała. Bezbożnica jedna, heretyczka paskudna. Okna otwarte, a ta odkurzaczem jeździ. Nawet na korytarzu ogarnęła. I narzutkę wytrzepała. Dwa prania zrobiła i bezwstydnie powiesiła na tarasie. A żeby tak lunęło. Nie zważając na nabożne śpiewy płynące z okolicy, jęła ustawiać Godzille do pionu. Odkrywszy bowiem skarpetę w roli zakładki do książki, uległa trafieniu przez szlag. I święty dzień diabli wzięli. Trzeba było posprzątać, by przejść. Bez procesji wprawdzie i nabożeństwa – przejść do kuchni. Poruszać się po prostu. Czasami trzeba. Raz na tydzień albo częściej. Mistycyzm powtarzalnych czynności staje się matki bogiem. Ze szmatą w dłoni oddaje się rytuałom, kapłanka domowej czystości.

No to sobie teraz matka pofolgowała. Ale musiała – bo jak się sama nie doceni, to nikt nie doceni. Jutro i tak znowu będzie bałagan. A teraz posiedzę na piedestale własnej próżności i podyndam nogami. Czysto, jest czysto…

A święto świętem – matka włączyła wieczorem TVN w celu wysłuchania relacji z przebiegów. I też ją szlagiem trafiło – biskupi rodem ze średniowiecza, co jeden to światlejszy. To jest jednak przerażające. Wręcz wbrew naturze – to co mówią jest wbrew naturze – naturze normalnego, współczesnego człowieka. Dlatego wolę sprzątać w swojej własnej domowej świątyni. Durska domestic goddess idzie na procesję do lodówki, bo czas na lody!


PS. Powyższe poglądy są antyklerykalne, wiara sobie, ludzie sobie, matka widzi różnicę, tradycję szanuje, pozostanie przy swoim, nikomu nie wadząc.
A tak w ogóle – z obserwacji matki (jak trzepała, widziała) – tłumów nie było, za to bardzo liczna pielgrzymka szła do okolicznego lasu – na rowerach, nie wystrojeni. Ale róbcie tak dalej klerycy, róbcie – las wytrzyma tłumy, spokojnie.