Matka niniejszym wylewa wiadro żalu i taplając się w
uczynionym błocie, żąda, protestuje i prosi. W dwóch sprawach ważnych.
Sprawa numer jeden.
Szanowni Rodzice kolegów i koleżanek z klasy mego syna oraz
z innych klas w ogóle,
jesteście ludźmi na poziomie – tak się przynajmniej
kreujecie. Poziom zaś zobowiązuje do odpowiedzialności. A to, dalej idąc tym
tokiem rozumowania – wiąże się również ze społeczną uczciwością i szacunkiem do
innych. Jeśli więc wasze dziecko miało wszy, to trzeba to zgłosić do
pielęgniarki i wychowawczyni. A jeśli myśleliście, że nikt nie będzie wiedział,
to dzieci was wygadały. Ponieważ dzieci są uczciwe i bezpretensjonalne i na
poziom się nie silą – są na poziomie i chorobę, którą wszawica jest,
potraktowały normalnie.
Godzilla wszów nie dostał jeszcze. Jeszcze – to pewnie
kwestia czasu. Szoruje mu łeb na zapas tymi różnymi specyfikami, nakazuję trzymanie
się na odległość i zakazuję stykania się łbami z kolegami i żadnego tarzania po
korytarzach i żadnych bójek i żadnej świetlicy (bo tam to-to skacze).
I tak – to jest okropne, obrzydliwe i niewiarygodne, że w
XXI wieku… ale gdybyście Rodzice jednak przyjęli do wiadomości, że jest, że się
zdarza i że trzeba tu działać rozsądnie, to może by NIE było.
I szlag mnie trafił.
Sprawa numer dwa.
I w tej sprawie Rodzice można by podziałać solidarnie. Zamiast
o tych sześciolatkach, to o programie i lekcjach w domu.
Szanowni Nauczyciele,
Wytłumaczcie mi proszę, po co nauczyliście czytać dzieci,
skoro one nie mają czasu czytać.
Czytanie w domu to nie tylko lektury szkolne (niezmienione
od 50 lat, bo nieszczęsnego Kajtka na przykład pamiętają najstarsi górale). To
odkrywanie książek innych, nowych, podsuniętych przez rodziców…
Ja osobiście mam już dosyć weekendów organizowanych przez
lekcje Godzilli. I od razu dodam – on te lekcje odrabia sam, sam szuka, sam
pisze i to trwa długo. W tym czasie my jesteśmy w domu, bo przykro zostawiać go
ciągle samego, poza tym ma dopiero 8 lat, dlaczego ma sam siedzieć i odrabiać? Więc siedzimy unieruchomieni...
Godzilla jest systematyczny i sumienny, uczy się z wyprzedzeniem.
Tego go zresztą nauczyłam jeszcze w pierwszej klasie (ja bardziej niż szkoła).
I nauczyłam samodzielności (ja bardziej niż szkoła). Owszem pyta mnie o różne
rzeczy, ja też sprawdzam wybrane prace, bo myślę, że bez sensu, by uczył się z błędami
(ja tak myślę… bardziej niż szkoła). Ale ile można? I dlaczego do diabła za
każdym razem muszę go w zasadzie karać – bo nie może iść na spacer – odrabia
lekcje, bo nie może poczytać swojej książki – bo odrabia lekcje, bo nie może porobić
nic, odpocząć, pobawić się tyle ile chce i jak chce – bo lekcje.
Ja rozumiem, że program, że dużo, że wyniki, że dyrektorka
goni. Ale weekend jest dla nas, rodziców i dzieci, a nie szkoły, lekcji i
stresu. Tak rodzi się niechęć, tak nie buduje się i wzmacnia motywacji. Tak
zabija się chęć do własnych poszukiwań.
Po cholerę uczyć o drzewach i liściach, kiedy nie ma czasu iść
się powłóczyć po lesie, parku?
Po cholerę uczyć się liczb, kiedy nie ma czasu policzyć
swoich skarbów?
I liter, kiedy nie można ich wykorzystać pisząc własny,
tajny pamiętnik?
Czy w tygodniu muszą być po trzy sprawdziany, kartkówki (do
kartkówek dzieci też się uczą!)? Może można by mniej – wtedy w weekend nie
trzeba by powtarzać materiału?
I nie nawołuję do tego, żeby pozwalać dzieciom na lenistwo,
by się w ogóle w domu nie uczyły. Prace domowe tak – ale rozsądnie, tak, by dzięki
zadawanym ćwiczeniom utrwalać wiedzę, a nie UCZYĆ jej w domu.
I tyle,
Bo szlag mnie trafił.
Godzilla był dziś na koniu, wrócił szybko i pisał
opowiadanie. Nie szło mu, bo był zmęczony (mali ludzie też się męczą, o dziwo),
ale w końcu się udało. Opowiadanie wymyślił cudne, sprawdziłam my błędy i
wskazałam miejsca do logicznych poprawek – wybrnął z tego znakomicie. Przepisywał
do 21.00. Nie skończył, padł. Na jutro zostaje mu tabliczka mnożenia (znowu do
powtórek, angielski, i nauka do dyktanda w tym tygodniu).
I nie, nie jest tępy, nie odwala roboty, podchodzi do
wszystkiego bardzo sumiennie, ale na to potrzeba czasu.
I to nie jest problem sześciolatków w szkołach, szkoły są
dostosowane do sześciolatków. To jest problem durnego programu, kretyńskich
wymogów i braku szkoleń dla nauczycieli i to trzeba by poprawić. Ale referendum
drodzy rodzice tego nie rozwiąże. Nie tędy droga.
A teraz Durska z właściwym sobie urokiem i humorem trzaśnie klapą
od kompa i uda się na spoczynek.
Chociaż mi się nie spieszy, bo stary chory chrapie, Godzilla
młodsza zaraz przylezie, też chora wszak. Ja to mam. Nawet w łóżku pod górkę.
(Musiałam ponarzekać, po prostu musiałam). Gorzej niż Macierewicz i Kaczyński, tak po systemie dałam, że hej...