Pokazywanie postów oznaczonych etykietą praca. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą praca. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 11 listopada 2013

Takie sytuacje. Płacić trzeba.



Sytuacja nr 1
- Pani hamburgery reklamuje, a mojego biznesu nie chce opisać? No skandal. W zamian dałbym pani linka na stronę pacjentów… ciężko chorych – onkologicznych.

 Zaszczytem dla mnie byłaby obecność na tej stronie, ale … co Pacjentom po mnie?


Sytuacja nr 2
Pisze do mnie koleżanka blogerka. Bardzo znana i bardzo lubiana, z taaaaakim zasięgiem. Normalna kobieta z krwi i kości, bez zadęcia, fajna, równa babka (o tym zadęciu wspominam specjalnie, bo kilka „koleżanek” blogerek jednak cierpi na wzdęcia, ups… zadęcia).
- Ty wiesz, zwróciła się do mnie firma, że ma dla mnie ileś tam próbek ich towaru do rozdania moim czytelnikom, miałam rozsyłać z listem do każdego chętnego.
- Poczułaś się zaszczycona? A nie wspomnieli, ile czasu Ci to zajmie?
- Popatrz, umknęło im… jak również nie sprecyzowali od razu, kto za przesyłki miałby płacić.


Sytuacja nr 3
Pisze do mnie zaprzyjaźniona mama blogerka z forum równolatków. Fajna kobieta, równa, bez zadęcia również.
- Ty wiesz, zwróciła się do mnie firma, chcą, żeby im zorganizować duży event i to opisać, a oni w zamian dadzą link do mojego bloga na swojej stronie.
- Byłaś pod wrażeniem tej propozycji zapewne?
- Tak, ręce mi opadły i zaniemówiłam…

Ja też. Takie sytuacje.

Nie kryję się z faktem, że jestem naczelną Grupy Desantowej. Nie ukrywamy również faktu, iż poza pisaniem na portal, piszemy teksty i pracujemy jako redakcja do wynajęcia, zespół ośmiu kobiet, które swoje doświadczenia rynkowe po prostu zebrały w jednym miejscu i mogą je oferować innym, niemałe doświadczenia. Zaczynamy, powoli. Mamy nadzieję niedługo pochwalić się sukcesami. Ciężko pracujemy – po kilkanaście godzin dziennie. Wysyłamy oferty, piszemy, realizujemy drobiazgi, by zdobywać kolejne doświadczenia. Zamiast narzekać, wzięłyśmy sprawy w swoje ręce i same tworzymy sobie pracę – bo tej wbrew pozorom na rynku nie brakuje. Trzeba tylko mocno się wysilić, by ją wziąć. Ale z choinek się nie urwałyśmy – portal oraz indywidualnie przygotowywane oferty wraz z próbnymi tekstami o nas świadczą. Możemy się podobać lub nie. Prawo rynku, ale:

Taka sytuacja nr 4

- O Desantowe, wy takie fajne jesteście. Zrobicie mi stronę i może fejsbuka, dobra?
Tylko bym chciał zobaczyć próbkę waszego talentu.
- Ma pan w ofercie, felietony napisane specjalnie dla waszej firmy.
- Nie, no ja chcę, żebyście mi teksty na stronę na próbę napisały.
- Miły panie, ale nie za darmo. To nasza praca.
- A jak mi się nie spodoba? Rozumiecie, to ja nie mogę płacić. Będę w trudnej sytuacji w stosunku do zarządu. Weźcie zróbcie parę stron na próbę.
- Szanowny panie, zrobimy, ale wystawimy fakturę. Teksty będziemy poprawiać tak, by spełnić pana oczekiwania, ale nie możemy pisać za darmo. To nasz czas i nasze umiejętności oraz gwarancja poprawności (pracuje z nami doktor literatury, na pewno nie puścimy byle czego).
- No ale 20 zł za stronę to dużo, ja sobie korektę sam zrobię, ja jestem dziennikarz, ja umiem. To może taniej?
- To po co my panu?
- No dobra, dobra, dziewczyny, zróbcie mi ten copywriting na próbę…

20 zł za stronę napisanego od nowa tekstu specjalnie dla klienta to bardzo, bardzo niewiele. Zapewniam, że to maksymalnie promocyjna stawka. My zaczynamy, zależy nam na zleceniach, klient miał prawie sto stron do redakcji (polegającej w jego przypadku na pisaniu od zera), ale – na dobry początek, pomyślałyśmy, czemu nie. No ale nie za darmo.

Wnioski:

Takie sytuacje, takie sytuacje. Mnie się przy święcie takie skojarzenia przyplątały: uczmy się szanować nawzajem. I doceniać czyjąś pracę. A praca to nie tylko machanie łopatą, to również machanie słowem, bo jeden umie, a drugi nie – i musi sobie to na rynku kupić.

Pójdziesz Polaku do sąsiada, którego chałupa stoi centralnie we wsi i zaproponujesz mu, że na płocie mu powiesisz reklamę swojego interesu? Zgodzi się sąsiad, czy raczej każe ci Polaku wsadzić ten interes we własną dupę?
Pójdziesz do szewca i zapytasz czy ci na próbę za darmo zrobi jednego fleka, bo chcesz sprawdzić, czy ci się spodoba? Nie.
Ale poszukasz takiego szewca, o którym inni dobrze mówią, którego polecają, którego OFERTĘ (również w postaci zrobionych czekających na właścicieli butów) widzisz przy wejściu do zakładu.

Prosty pragmatyczny mechanizm. Zamawiasz usługę – płacisz. U ciebie ktoś zamawia – żądasz zapłaty. Podstawa prawidłowo funkcjonującego społeczeństwa i prawidłowych relacji. Tak, prawidłowych, normalnego życia po prostu. Tu nie ma nic „na zrywy”, za czyny i przelew krwi i za kwiatki pod pomnikami, marsze i walki o niepodległość już odzyskaną. Za rogale świętomarcińskie się płaci. Płaci się za pracę. Pragmatycznie.

Taka sytuacja, takie to proste. Szanujmy się i już.

No to jutro wtorek, taki mały poniedziałek i takie moje przesłanie, żebym nie zapomniała i nie dała się czarusiom-prezesom, spryciarzom-prywaciarzom i firmom za linki.

A tak na marginesie, ta banda oszołomów z prawicy mnie dobija i flaki się przewracają (wraz z płytami chodnikowymi). Oni te idee mają u cholernego Dmowskiego wypisane, tylko głąby nie doczytały. Nic nie zrozumiały. NIC. I dają zły przykład. Wielcy Polacy, psia mać.

A żeby nie narzekać, idziemy z Godzillami do Mamy na ruskie, prawdziwie polskie. Mama zwana Babcią Godzilli robi mistrzowskie. Godzilla młodsza od świtu waruje przy drzwiach, bo się doczekać nie może. Czyli lecimy realizować czyn niepodległościowy na pierogach.

poniedziałek, 4 lutego 2013

Taki apel do Greka, nieważne, że starożytnego.


I nadchodzi sen.. za późno.
Zaczyna się niewinnie, budzi się Godzilla radośnie. Tu się pośmieje, tam pobryka. Koło południa pojawia się jednak pierwszy niepokój – nerwowe rozglądanie po kątach – prześladowca czyha i poszeptuje: a może by tak zapaść się w poduchy? Ale nie, twardo, Godzilla nie pozwala sobie na słabość. Godzilla jest wytrzymała na sen. Po południu jednak siły traci. Rozdrażniona, wściekła, rzucająca się na otoczenie z zębami. Ale nie, twardo walczy. Jeszcze by tu coś, jeszcze tam. To ściągnę, tamto rozrzucę, nie dam się. Morfeusz goni Godzillę jednak coraz szybciej… dopada, dusi tuż przed 18.00. Trzyma do 20.00. I co? Bez sensu, bez sensu. Potem Morfeusz goni i Godzille i rodziców, z tymże rodziców dopada szybko i bez szarpania. A z Godzillą szarpie się do północy. I jeszcze dusząc matkę, wymaga, by brała udział w duszeniu syna.

Morfeusz, Ty sobie zmień taktykę, z łaski swojej.


A poza tym, wszystko idzie zgodnie z planem. Matka posprzątała, ugotowała, pobawiła się z dziećmi. Nadzorowała proces nauczania nut oraz przebieg rozwoju artystycznego obu Godzilli. W tym ostatnim oferowała nawet pewne sugestie (inaczej by stół pomazali). Jest tylko jeden drobny, maleńki, niepozorny wręcz szczególik w tym planie, który jakby umknął uwadze ogółu. Matce zabrakło czasu na pracę. Znowu teksty leżą i kwiczą. Nie zdążyła, jeszcze nie zdążyła.  A Morfeusz już się panoszy. Na razie dusi małego Godzillę, zaraz rzuci się na starszego.. a potem moja kolej. Ojca nie liczę, sam się podda.

Morfeusz, Ty mnie dziś weź później, bo mam strasznie dużo roboty jeszcze.


PS. A szkoda mi już kawy na Ciebie...