Trwa okupacja telewizora wraz z moim miejscem. Skazana na
emigrację w końcu zabrałam się za bloga. A ten ostatnio nieco mnie znużył.
Matka bowiem odkryła, że poza siecią też jest życie. I że nie musi, wystarczy, że
może. Ta świadomość przyniosła jej nieopisaną wręcz ulgę.
Nie musi więc matka zapowiadać, że będzie post, myśleć o
poście i szukać tematów, konsultując kolejne propozycje z wiernymi
czytelnikami. Matka pisze, kiedy chce i co jej do głowy przyjdzie. No nic nie
musi, może tylko przecież, to co się ma wydurniać. Jest to jest, nie ma to nie.
Proste. Nic na siłę, bo wychodzi... no właśnie.
U matki na ścianie nie przeczytacie więc rano:
Myślę o poście.
Nie przeczytacie w południe:
Post już się szykuje.
Nie przeczytacie wieczorem:
Post jest – chcecie go
dziś czy dopiero jutro?
Bo u matki, jak jest to jest i już.
No to tyle.
Długi ten Harry Potter?
Poza tym bryndza, straszna bryndza na tych łolach, matka
wlazła i już wyłazi, bo nie ma na czym oka zawiesić. Żadnego rewolucyjnego mema
(no dobra, te o czekoladzie są fajne). Idę, potrzymam Godzille za łapę w finale
filmu. Niech wie, że matka go wspiera, nawet w sprawie Pottera.
Bo dom to frajda.